W ostatnim czasie daje się zauważyć większe poruszenie społeczne w sprawach lokatorskich. Gminy nie wywiązują się bowiem z obowiązku zapewnienia mieszkańcom dachu nad głową: ilość i jakość taniego budownictwa budzi przerażenie, na mieszkanie socjalne oczekuje się nawet w kilkunastoletnich kolejkach, coraz więcej słyszy się o pozbawionych domu rodzinach zajmujących pustostany.
Tymczasem według raportu „Ubóstwo i wykluczenie społeczne w Polsce”(1), ponad połowa polaków żyje na krawędzi bezpieczeństwa egzystencjalnego (6% ludności Polski żyje w skrajnym ubóstwie, natomiast kolejne 43% zagrożone jest wykluczeniem społecznym ze względu na niskie dochody). Autorzy raportu podają, że od dwóch lat ilość osób zagrożonych biedą rośnie, sądzić zatem należy, że potrzeby dotyczące mieszkań komunalnych również będą wzrastać.
Przewodniczący OPZZ, Jan Guz, stwierdził w „Przekroju”, że 60 procent Polaków żyje na granicy minimum. Serwis HotMoney się z nim zgadza: bezrobocie wynosi 13,2 procent. Co trzeci Polak jest zadłużony, dwa miliony rodaków zalega ze spłatą swoich długów. Subiektywne poczucie ubóstwa pojawia się w co drugim gospodarstwie domowym. Social Watch podaje, że ilość wykluczonych w naszym kraju rośnie. Ponad 5 milionów Polaków podlega deprywacji materialnej, czyli nie stać ich na takie rzeczy jak chociażby tydzień wakacji, jedzenie mięsa co drugi dzień czy telefon. Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej przyznaje, że co trzecia polska rodzina nie może sobie pozwolić na pełnowartościowe posiłki.
Sprawa mieszkaniowa coraz częściej powraca do debaty jako jedna z bardziej palących kwestii miejskich. Polityka mieszkaniowa państwa praktycznie nie istnieje, a na dopłaty do nowych mieszkań – jak pisał Jaś Kapela – przeznacza się znacznie mniej pieniędzy niż na budowę stadionów czy takich obiektów jak Świątynia Opatrzności Bożej. Mieszkań jest za mało, zwłaszcza tych komunalnych. Jak mówił dr Kacper Pobłocki podczas dyskusji o granicach partycypacji*, po boomie mieszkaniowym mamy obecnie (jak w latach 80.) do czynienia z radykalnym spadkiem liczby budowanych mieszkań. Coraz więcej osób traci dach nad głową wskutek reprywatyzacji kamienic albo pogarszającego się stanu budynków. Modernizacja jest droga i miasta nie widzą innej możliwości, jak tylko oddawać budynki w ręce prywatnych inwestorów, licząc, że wyremontują je oni z własnych środków. W tej sytuacji eksmitowani lokatorzy mają się wynieść, ale nie wiadomo dokąd, czyli domyślnie do kontenerów bądź gdziekolwiek indziej (np. do kotłowni, co spotkało zmarłego przed kilkoma dniami niepełnosprawnego lokatora warszawskiej kamienicy przejętej przez Marka Mossakowskiego). Ponadto walka o prawo do godnego mieszkania przestaje być prawem, a staje się zagrożeniem. Postrachem krnąbrnych lokatorów w ostatnich tygodniach była również śmierć Jolanty Brzeskiej, jednej z czołowych działaczek Warszawskiego Stowarzyszenia Lokatorów.
Dialog, pomimo że jest pojęciem oficjalnie stosowanym przez warszawski samorząd, w rzeczywistości stanowi dla niego coś wstydliwego. Władze miasta uważają, że realne rozmowy są poniżej ich godności. Dzieje się to oczywiście równolegle z medialnymi zapewnieniami o otwartości oraz wrażliwości na sugestie mieszkańców. Takiej dwoistości doświadcza w kontaktach z samorządem ruch lokatorski.
Panuje opinia, wedle której problemy z dachem nad głową mogą mieć tylko osoby z marginesu społecznego lub niechcący płacić czynszu cwaniacy. Domagający się mieszkań komunalnych lokatorzy są natomiast nazywani niekiedy ludźmi chcącymi żyć na czyjś koszt i przeciwstawiani są „ciężko pracującym” na spłatę kredytu właścicielom mieszkań. Sytuacja warszawskich lokatorów pokazuje powierzchowność i absurdalność powyższych sądów. Problem z dachem nad głową może mieć dziś każdy, a budowa mieszkań komunalnych byłaby korzystna również dla spłacających kredyty mieszkaniowe.
Pomysł postawienia kontenerowych osiedli jest konsekwencją krótkowzrocznej polityki w zakresie mieszkalnictwa prowadzonej przez władze miasta Poznania od kilkunastu lat - pisze Jarosław Urbański - socjolog, działacz związku zawodowego Inicjatywa Pracownicza.
Karna przeprowadzka lokatorów do kontenerów socjalnych to dalsze marginalizowanie tych, którzy i tak już są na marginesie społecznym i ekonomicznym - mówi Tomasz Sadowski szef fundacji Barka.
Autorzy: Katarzyna Czarnota, Sebastian Mikołajczak
Kontener jest obiektem architektury tymczasowej, który początkowo zrewolucjonizował transport jako najtańsze narzędzie służące do przewozu towarów na długie dystanse. Zawsze pełnił funkcję pojemnika na przedmioty, bądź śmieci. Teraz sytuacja się odwróciła – już nie jest to pojemnik na przedmioty, lecz przedmiot do przechowywania ludzi. Stosowany w nowej polityce „barakowej” jako narzędzie służące do segregacji społecznej oraz wykluczenia grup ludzi o niższym statusie materialnym.
Dla rządzących polskimi miastami przestrzeń miejska i zasoby mieszkaniowe jawią się niemal wyłącznie jako potencjalne źródło zysków, a nie jako sposób realizacji najważniejszych potrzeb miejskich społeczności. Dlatego prawa mieszkańców poświęca się zwykle na ołtarzu korzyści deweloperów, kamieniczników i banków obsługujących rynek budowlany. Ceną tej polityki jest rosnąca liczba eksmisji przy ciągle malejącej liczbie oddawanych do użytku mieszań komunalnych i socjalnych. Coraz częściej zarządy miast zajęte „odzyskiwaniem substancji mieszkaniowej” dla potrzeb rynku mają dla byłych mieszkańców „odzyskanych” (czyli sprywatyzowanych i wprowadzonych do obiegu towarowego) budynków propozycję nie do odrzucenia: eksmisję do blaszanych kontenerów na dalekich peryferiach.
Tekst ten został napisany z myślą o ulotce, która ma trafić do mieszkańców i mieszkanek wrocławskiego Nadodrza, na którym rozpoczął się już proces "rewitalizacji" i bazuje głównie na doświadczeniach krakowskiego Kazimierza opisanych w książce autorstwa Moniki Murzyn.