Protesty lokatorskie w Polsce są coraz głośniejsze. Rozwijają się w odpowiedzi na kolejne reformy prawa mieszkaniowego, realizowane w imię interesów deweloperów i kamieniczników. Najbardziej dramatycznym i radykalnym elementem tego nowego ruchu społecznego jest walka mieszkańców lokali socjalnych. W Głogowie, Bielsku Białej, Gdańsku, Nowej Soli toczą oni nierówny bój nie tylko z władzami lokalnymi, lecz także ze skutkami liberalizacji rynku pracy.
Wspominaliśmy już kilkakrotnie o konieczności i owocności wzajemnego współdziałania z sobą różnych organizacji spółdzielczych, mających na celu zaspokajanie poszczególnych potrzeb ludzkich. Przytaczaliśmy jako przykład właściwy teren takiego współdziałania, jakim jest osiedle społeczne i dzielnica mieszkaniowa w mieście funkcjonalnym. Rozpatrzmy teraz formy tego współdziałania, przyjrzyjmy się bliżej możliwemu powiązaniu samorządów wyspecjalizowanych na terenie osiedla i dzielnicy.
W kanadyjskim Toronto jest 164 tysięcy lokatorów mieszkań komunalnych. Większość z nich to osoby o niskich lub średnich dochodach, w tym wiele osób w podeszłym wieku, emigrantów, a także młodych rodziców samotnie wychowujących dzieci. Mieszkania finansowane są z budżetu gminy, dotacji państwowych, opłat za wynajem lokali na cele handlowe i czynszów opłacanych przez lokatorów.
Część funduszy rozdzielanych jest pomiędzy poszczególne wspólnoty lokatorów, reszta zasila projekty realizowane przez całą Korporację Wspólnot Mieszkaniowych Toronto (TCHC). Korporacja jest spółką gminy, a zarazem największym na kontynencie amerykańskim dostawcą mieszkań komunalnych. Od stycznia 2002 roku sami lokatorzy decydują o podziale 13 procent budżetu Korporacji. W roku 2009 było to ponad 9 milionów dolarów. System oddolnego zarządzania funduszami zorganizowany jest na wzór budżetu partycypacyjnego w brazylijskim Porto Alegre.
Ci, którzy mogą sobie finansowo pozwolić na świadomy wybór miejsca zamieszkania, zbiorowo chcą się przeprowadzać do „fajnych” dzielnic. „Fajne” czytaj: centrum miasta, krajobraz starych, zapomnianych kamienic, atmosfera ulicznego życia mieszkańców, kwitnąca scena alternatywna ratująca przed mieszczańską nudą. A przy okazji tanio. Fantazje klasy średniej, aby być się tej rzeczywistości częścią, stały się narzędziem społecznego wykluczenia i rujnowania przestrzeni miejskiej.
Ponadstuletnia kamienica znajdująca się pod adresem ul. Wiejska 13 w Warszawie, rzut beretem od Sejmu, to przykład typowej pechowej trzynastki. Codziennie od kilkunastu lat jej lokatorzy drżą pod grożącymi zawaleniem stropami, od prawie 5 lat nadzór budowlany nie jest w stanie wyegzekwować swojej decyzji o nałożonym na jej właściciela obowiązku sporządzenia ekspertyzy stanu technicznego budynku, władze dzielnicy nie przejmują się wiszącą w powietrzu katastrofą budowlaną, a kamienica – choć zlokalizowana jest na obszarze wpisanym do rejestru zabytków - zostaje nadbudowana o całą kondygnację, aby w ten sposób powstały dwupoziomowe prywatne apartamenty.
Podczas sesji Rady m. st. Warszawy w dniu 18 marca środowiska lokatorskie w tym Warszawskie Stowarzyszenie Lokatorów, domagały się zwołania nadzwyczajnej sesji Rady Miasta między innymi po to aby zwrócić uwagę na budownictwo komunalne. Wbrew temu co mówili wczoraj na konferencji prasowej przedstawiciele ratusza, nie jest to problem dotykający kilkudziesięciu działaczy, ale dziesiątek jeśli nie setek tysięcy warszawiaków, o czym najlepiej świadczy dzisiejsza frekwencja na sali.
Społeczeństwo obok biegnie, a dziad klęczy, czyta neon, każdy jest zadowolony, że ten dziad to jeszcze nie on - śpiewał Jacek Kleyff.
Piosenkę tę znają najwyraźniej przedstawiciele władz Warszawy, ponieważ od pewnego czasu starają się przedstawić lokatorów mieszkań komunalnych jako roszczeniowców, którym nie wiadomo o co chodzi. Przy okazji w myśl przytoczonego cytatu starają się dowartościować resztę mieszkańców miasta muszących łożyć „tyle pieniędzy” na „dziadów”. Logikę taką w lot podchwycili zresztą różnorodni internetowi „znawcy tematu” zaśmiecający swoimi opiniami fora internetowe TVN Warszawa czy Gazety Wyborczej – ludzie nie zauważający często, że w swojej zajadłości atakują nie tych których powinni i działają nawet wbrew swojemu interesowi.
O tym jak "socjalny" PiS, pod płaszczykiem praworządności, dąży do rozwalenia mieszkaniowych zasobów komunalnych. Na przykładzie Białej Podlaskiej.
Biała Podlaska jest prawdopodobnie jednym z niewielu polskich miast, którego władze w miarę poważnie traktują konstytucyjny zapis o prowadzeniu polityki sprzyjającej zaspokajaniu potrzeb mieszkaniowych obywateli. Efekty tego można zobaczyć gołym okiem chociażby na ulicy Żwirki i Wigury, gdzie od kilku już lat, obok siebie stoją dwa solidne dwupiętrowe bloki (link do zdjęć tutaj). Swój dom znalazło tam kilkadziesiąt rodzin, których nie stać było ani na kupno ani nawet wynajem własnego lokum na wolnym rynku. Obecnie władze miasta rozpoczęły wspólnie z Zakładem Gospodarki Lokalowej budowę kolejnego bloku na 70 mieszkań.
Pani Basia dostała wyrok eksmisji 17 lipca 2009 r. Pozew o eksmisję wniosła Spółdzielnia Budowlano-Mieszkaniowa Pracowników Służby Zdrowia. Ale tak naprawdę wyrok eksmisji wydał na nią były mąż. Dlaczego? Bo zgodziła się na rozwód, o który on sam wniósł do sądu.
Według jego chorego scenariusza miała błagać o litość, prosić żeby się z nią nie rozwodził w obawie przed utratą dachu nad głową. Jednak ona bardziej się bała, że on ją w końcu zabije. Miała dość takiego życia, a teraz czeka na eksmisję. Czyli dalszy ciąg przemocy domowej, która trwała kilkanaście lat. To przemoc w majestacie prawa. Dziwna, nienaturalna, ślepa jak wymiar niesprawiedliwości.
Czy mieszkanie jest towarem? Na jakich ideowych przesłankach oparta jest pozytywna a na jakich negatywna odpowiedź na to pytanie? I na koniec najważniejsze, jakie są społeczne i polityczne skutki tych odpowiedzi?
Zima za oknem, śnieg, mróz, zawieje. Paraliż komunikacyjny na drogach, wielogodzinne opóźnienia pociągów, zerwane linie energetyczne i trudne życie mieszkańców wsi i miast pozbawionych elektryczności, trudny zimowy czas.
Do stałych komunikatów o zimowych klęskach na drogach i trakcyjnych sieciach media dołączają informacje o ilości zamarzniętych bezdomnych, wykolejonych, pijanych obywatelach Najjaśniejszej Rzeczpospolitej. Bezdomność jako status różne ma źródła, od artystycznej pozy clocharda przez (najczęściej) chorobę alkoholową do społecznego wykluczenia w następstwie bezrobocia, kalectwa i tysiąca innych nieszczęść, jakie są udziałem ludzi. Brak mieszkania oznacza brak adresu a bez adresu nie można uzyskać stałej pracy, kredytu, pomocy medycznej i prawnej. Tylko te zasygnalizowane powyżej problemy (a przecież to zaledwie wierzchołek góry lodowej) wystarcza, aby uzmysłowić sobie, że jeśli nawet mieszkanie jest towarem to bardzo szczególnego rodzaju.