AKCJA:

Czekając na polskie slumsy przyszłości Drukuj
poniedziałek, 10 sierpnia 2009 16:34

Autor: Witold Kieńć

Zagrożenia neoliberalnej polityki mieszkaniowej - analiza rozwoju wielkich miast polskich w poszukiwaniu lewicowej alternatywy.

Jednym z kluczowych kierunków zmian, którym podlegają wszystkie dziedziny życia w Polsce, od przeszło dwudziestu lat jest podporządkowanie coraz większej ilości spraw regulacji rynku towarowo-pieniężnego. Władze miejskie nie różnią się tu specjalnie od władz centralnych i chętnie pozbywają się obowiązku zarządzania własnością, czy konkretnymi usługami oraz odpowiedzialnością za nie, na rzecz prywatnych właścicieli. Przemiany polityczne minionych 20 lat w Polsce doprowadziły również do rozwoju rynku nieruchomości. Kupnu i sprzedaży, a także co jasne ? spekulacji (czyli transakcji, której celem jest pomnożenie kapitału, a nie wejście w posiadanie przedmiotu), zaczęły podlegać zabudowania (niemal niezależnie od ich charakteru), a także parcele ziemi.


Tkanka polskich miast systematycznie poddawana jest utowarowieniu, a ich kształt coraz bardziej determinowany jest przez efekty działania ?ręki rynku?. Przemiany te łatwo zaobserwować w dwóch obszarach: po pierwsze w mieszkalnictwie, po drugie w sposobie organizacji przestrzeni miejskiej. Jako wprowadzenie do tematyki możemy potraktować cytat, z dokumentu ?Wrocław w perspektywie 2020 plus?, który mimo iż został uchwalony w stolicy Dolnego Śląska zdaję się doskonale opisywać wytyczne polityki wielu samorządowców w całym kraju. Gmina Wrocław swoją aktywność na rynku mieszkaniowym chce ograniczyć do ?dobroczynności wobec osób niezasłużenie pokrzywdzonych przez los? i pozyskiwania ?cennych dla Miasta obywateli, zwłaszcza obiecujących absolwentów? w formie poręczeń i odroczeń spłat kredytów na cele mieszkaniowe, co oznaczałoby, że gmina zamiast lokować pieniądze publiczne w pomoc klasom niższym najczęściej lokować je będzie w pomoc klasom średnim, bądź wyższym, z których rekrutują się zwykle ?obiecujący absolwenci?.

Jest to charakterystyczne dla państwowej pomocy mieszkaniowej na całym świecie, że rzadko korzystają z niej ubodzy (por. np. Davis 2009 s. 105-111). Powyższy przypadek jest jednak szczególnie groźny, gdyż zdaje się za nim stać logika, że ?obiecujący absolwent? (prawdopodobnie chodzi o osobę z wyższym wykształceniem) przynosi swej społeczności korzyści, podczas gdy rodzina robotników z trójką dzieci jest tylko balastem i o ile nie jest ?niezasłużenie pokrzywdzona? lepiej wydać pieniądze na dwudziestokilkuletniego wykształconego singla. Nie muszę chyba pisać, że nie ma to nic wspólnego z solidarnością społeczną, to raczej model skrajnie ekskluzywny, w którym jednostki już posiadające cenne kapitały (wykształcenie) są dodatkowo uprzywilejowywanie przez publiczne środki.

Mieszkania mają według naszych samorządowców budować firmy na zasadach dyktowanych przez rynek nieruchomości i kredytów (w samej Strategii pada w tym kontekście określenie ?stosunki towarowo-pieniężne?). Gminy w Polsce tworzą najmniej lokali ze wszystkich inwestorów (Według danych GUS tylko kilka procent mieszkań oddawanych rocznie do użytku stanowią lokale gminne). Rodzi to jednak pewne problemy. Jeżeli jak szacuje Kłopot (dz. cyt. s.146) we Wrocławiu w 2007 roku brakowało 120 tysięcy mieszkań, to aby sfinansować je z kredytów zaciąganych przez nabywców indywidualnych, musielibyśmy mieć do czynienia ze stanem gdy połowa wszystkich zatrudnionych w mieście spłaca co miesiąc ratę bliską wysokości średnich zarobków[1][2]. To sytuacja oczywiście abstrakcyjna. Polacy musieliby się radykalnie wzbogacić, aby możliwe było wybudowanie brakujących mieszkań na warunkach dyktowanych przez rynek banków i deweloperów, na co oczywiście w tej chwili się nie zanosi.

Zdolność kredytowa na podstawie zarobków stanowi udział mniejszości społeczeństwa. Warto przy tej okazji zaznaczyć, że w Polsce blisko 60% ludzi żyje poniżej poziomu minimum socjalnego i choć odsetek ten spada wraz z wielkością ośrodka zamieszkania to w miastach powyżej 500 tysięcy mieszkańców, nadal wynosi około 20%[3]. Liczba 120 tysięcy brakujących mieszkań może wydawać się zawyżona, dla miasta w którym zameldowanych jest 630 tysięcy osób, jednak liczba rodzin zamieszkujących niesamodzielnie wynosiła w 2002 roku we Wrocławiu 78 249 (tamże s.142).. Patrząc na te dane musimy pamiętać, że liczba niesamodzielnie zamieszkujących rodzin nie jest zbyt czułym wskaźnikiem. Nie mówi nam nic ona o potrzebach dorosłych osób, które nie założyły rodzin, a także o przyszłym rozwoju miasta, czy wreszcie złym stanie oraz dalszej degradacji istniejącego zasobu.

Trzeba pamiętać, że złudne jest traktowanie tak zwanych Towarzystw Budownictwa Społecznego jako realnej alternatywy dla rynku mieszkaniowego opartego na bankowych kredytach. Sięgając znów po przykład Wrocławia, na stronie lokalnego TBS można się przekonać, że zamieszkanie w dwupokojowym mieszkaniu (rzekomo ?społecznym?) wymaga na początek wkładu rzędu 90 tysięcy złotych, a miesięczny koszt eksploatacji wynosi około 900 złotych. Jeśli nie pochodzimy z rodziny tak majętnej by mieć owe 90 tysięcy w gotówce, musimy być przynajmniej tak bogaci by mieć zdolność kredytową i przez 30 lat płacić za mieszkanie ponad 1500 złotych miesięcznie. Oczywiście to nie jest oferta dla większości mieszkańców.

Wspomniana Strategia stanowi również, że celem polityki mieszkaniowej jest ?Doprowadzenie do końca uwłaszczania lokatorów mieszkań komunalnych (niekoniecznie na zajmowanych przez nich lokalach).? To założenie realizowane jest w praktyce (nie tylko we Wrocławiu, lecz w wielu miastach w Polsce) poprzez nakłanianie, a niekiedy nawet przymus pod groźbą eksmisji i sprzedania mieszkania na wolnym rynku, lokatorów do wykupu mieszkań z wysokimi bonifikatami, wynoszącymi w różnych gminach od 70 do 98%. Liczba lokali we własności gmin w Polsce 1993 ? 2002 zmniejszyła się o 673,9 tysiąca to jest o 33,2%) (Domaniak 2005) Uchwała Rady Miasta Wrocławia ?Długoterminowy plan zarządzania zasobem mieszkaniowym gminy? mówi, że w tym tylko mieście w latach 2004-2007 sprzedanych zostało 5520 lokali komunalnych (do stanu 49 843), zaś radni planują sprzedawać dalsze 2000 mieszkań rocznie. Uchwała zastrzega, że gdy będzie chodziło o mieszkania, które są jedynymi we własności gminy w sprywatyzowanych już częściowo kamienicach, magistrat posuwać się będzie do gróźb eksmisji by przyspieszyć sprzedaż.

Co więcej zakup z bonifikatą dotyczy nie tylko mieszkań, ale także całych budynków (zwykle kamienic), a także gruntu na którym one stoją. Relatywnie niska cena wykupu ma kilka bezpośrednich skutków. Po pierwsze budynek może zostać z łatwością nabyty przez osoby, które nie mają środków do tego by go konserwować. Po drugie zyski jakie otrzymuje miasto ze sprzedaży jednego mieszkania nie pokrywają, ani nie stanowią nawet zadatku na budowę innego mieszkania. Taka polityka nie jest jednak wynikiem jakiegoś błędu rozumowania, ponieważ miasta nie chcą budować nowych mieszkań komunalnych (co wynika bezpośrednio z powyższych cytatów, które potwierdzają przytaczane statystki GUS), a w umowach sprzedaży z bonifikatą zwykle nie ma zapisów dotyczących konkretnych zabiegów konserwatorskich do jakich zobowiązują się nabywcy.

Polityka wykupu z bonifikatą w żadnym razie nie sprzyja osobom biednym. Banki nie chcą udzielać kredytów na wykup mieszkania komunalnego, ponieważ w momencie składania wniosku o przyznanie kredytu osoba występująca nie jest jego właścicielem, a kontakty banków z magistratem nie są tak łatwe jak z deweloperami, nie może więc takie mieszkanie być przedmiotem poręczenia. Jeśli zaś mówimy o osobach żyjących na granicy lub poniżej minimum socjalnego, to uwłaszczenie tych osób w jakimkolwiek lokalu jest zwyczajnie niemożliwe ponieważ nie są one w stanie wygospodarować żadnych pieniędzy na ten cel. Nikt nie udzieli im także pożyczki (przy tej okazji warto przypomnieć, że 10% wartości niedużego mieszkania we dużym mieście w Polsce to ponad 30 tysięcy złotych. Osoby nie wykazujące stałych, wysokich zarobków nie mają szans uzyskać takich pieniędzy w banku).

Urynkowienie mieszkań przy całkowitym braku budownictwa komunalnego i sprzedaży tego zasobu, który miasta odziedziczyło w spadku po Skarbie Państwa PRL znacząco poniżej wartości, nie rozwiązuje w żaden sposób prawdziwego problemu jakim jest deficyt mieszkaniowy. Już widzimy jednak, że rodzi problemy kolejne, jak np. częściową dewastację, albo przynajmniej brak modernizacji wyprzedanych mieszkań, co w dłuższej perspektywie prowadzi do pogorszenia stanu całego zasobu mieszkaniowego. Miasta sprzedają lokale i kamienice osobom, co do których nie ma pewności, że będą mogły i chciały przeznaczyć środki na remonty oraz nie remontują własnych zasobów (traktowana jako przykład Gmina Wrocław na remonty przeznacza jedynie 38 milionów[4] co stanowi zaledwie 11% jej nakładów na gospodarkę wszystkimi nieruchomościami, a więcej bo 46 milionów pochłania administracja powołana do zarządzania owym zasobem).

Jak pisze Kłopot (2007 s.134) główną motywacją miast do sprzedaży posiadanych lokali, jest chęć pozbycia się obowiązków związanych z zarządzaniem i konserwacją. Polityka ta nie ma żadnego podłoża ekonomicznego. Mimo iż magistrat Wrocławia pozbył się w pierwszej kolejności najcenniejszych mieszkań, skutkiem czego to właśnie lokale gminne stanowią w mieście kategorię o najniższym standardzie (w 2002 roku 41% zasobu gminu stanowiły mieszkania jedno lub dwuizbowe (tamże s.140-141)) wpływy z czynszów mieszkaniowych zaplanowane w budżecie na rok 2009 wynoszą wciąż 118 milionów złotych (tymczasem prognozowany jednorazowy zysk ze sprzedaży mieszkań w tym okresie to zaledwie 38 milionów). Biorąc pod uwagę, że w tej chwili zasób gminy to nie więcej niż 20% wszystkich mieszkań i to tych najgorszych, łatwo sobie wyobrazić jak ogromne pieniądze straciło miasto wyprzedając nieprzerwanie od 1994 roku najlepsze lokale.

Proces jaki już postępuje w większości miast polskich dobrze opisuje tak zwana Teoria Różnicy w Rentach (Rental Gap Theory por. Nawratek 2008 s.68), która mówi, że inwestorzy naciskają na urynkowienie tych obszarów miasta, w których renta gruntowa jest niska, ale ze względu na ich wartość historyczną, czy sentymentalną może zostać szybko wywindowana. Dokładnie warunki tej sytuacji spełniają kwartały starych, bardzo często zniszczonych kamienic położone w pobliżu historycznych centrów polskich miast i stanowiące zazwyczaj zasób gminny. Działania magistratów zmierzają w kierunku stopniowej sprzedaży kamienic niekiedy pod wynajem (po odpowiednich remontach) jako luksusowe apartamenty, czy biura, niekiedy celem wyburzenia i rozpoczęcia na tych działkach lukratywnych inwestycji. Rynek nieruchomości (zwłaszcza niemieszkalnych) jest obecnie niezwykle dochodowy w całej Europie Środkowowschodniej, wielkie finansowe instytucje zaangażowały się w wykup budynków i działek w centrach wielkich miast, stanowią one też potężną grupę lobbingową, dysponującą dodatkowo poważnymi kartami przetargowymi w rozmowach z magistratami (możliwość zrealizowania prestiżowych inwestycji budowlanych itp.)

Urynkowienie cen lokali powoduje stopniowe wypieranie funkcji mieszkaniowych z najbardziej reprezentatywnych ulic, ale proces ten rozlewa się poza dzielnice ścisłego centrum. Możliwość narzucenia wysokich czynszów za przestrzenie komercyjne powoduje, że część lokali mieszkaniowych przerabiana jest na biura. Tradycyjne sklepy nastawione na zaspakajanie codziennych potrzeb lokalnej społeczności nie są w stanie spełnić wymogów czynszowych. Zastępują je puby, restauracje, ewentualnie fast foody, lecz przede wszystkim banki, a także markowe sklepy odzieżowe, salony jubilerskie i inne punkty sprzedaży o bardzo wysokich obrotach, nastawione głównie na przyjezdnych z obrzeży, lub spoza miasta, w tym także na turystów.

Jednoczesne urynkowienie cen gruntu powoduje, że działki w centrum opłaca się kupować wyłącznie firmom (kupno ziemi w centrum przez nabywcę indywidualnego to chyba sen milionera) chcącym wybudować na nich hotele, bądź biurowce, które na parterze mieścić będą wszechobecne banki, a także centra handlowe. Warto jednak zaznaczyć, za Nawratkiem (dz.cyt. s. 70), że w wypadku całych kwartałów o zdewastowanej zabudowie i kiepskiej reputacji nakłady na uatrakcyjnienie obszaru i ryzyko związane z inwestycją są bardzo duże. Takiego zadania nie podejmie się żaden kapitalista, ani nawet konsorcjum firm. Idealnym rozwiązaniem zwykle okazuje się zaangażowaniem funduszy miejskich w dowaloryzowanie przestrzeni, która następnie jest prywatyzowana i komercjalizowana. Oznacza to po prostu, że miasto ponosi koszty, a zyski w dużej mierze zawłaszczają firmy. Takie podnoszenie walorów zdewastowanych kwartałów w polskich realiach to oczywiście remonty fasad kamienic[5] (niekiedy sprowadzające się wręcz do tynkowania i malowania na jaskrawe kolory). Sztandarowym przykładem takiego działania była zablokowana w czerwcu 2009 przez krakowskie stowarzyszenia lokatorskie próba udzielenia przez miasto pożyczek prywatnym właścicielom właśnie na remonty fasad ich kamienic. Jak podkreślali lokatorzy miasto utrzymuje, że nie ma pieniędzy na remonty budynków komunalnych, a finansuje kapitalistom prace estetyczne. Remonty tego typu oczywiście przyciągają kolejnych inwestorów skuszonych możliwością rychłego podniesienia czynszów w okolicy, czy przyciągnięcia klientów do bardziej dochodowych interesów niż sklep z piwem.

Powyższe przekonuje mnie, że nie mamy w Polsce do czynienia z jakąś spóźnioną próbą wdrożenia doktryny liberalizmu spod znaku XVIII i XIX-wiecznej maksymy laissez faire. Rozwój doktryny wolnego rynku i jej mariaż z potężnymi organizacjami politycznymi sprawił, że współcześnie dominuje nie tyle myślenie liberalne, co neoliberalne. Neoliberalizm zaś od liberalizmu różni się tym, że zakłada rolę silnej władzy politycznej już nie tylko jako ?nocnego stróża? pilnującego reguł rynkowej gry, ale aktywnego gracza, który pomaga podporządkować kapitałowi, w postaci głównie wielkich firm (w tym finansowych i banków), wszystkie sfery życia (por. Harvey 2008 s.9). Działania polskich samorządowców wydają się iść w tym właśnie kierunku.

Przemiany tkanki miasta powodują, że mieszkańcy starych budowli w dzielnicach śródmiejskich stają się co najwyżej elementem kolorytu ubarwiającym handlowe pasaże, a najczęściej są po prostu ignorowani. Pełzające przeistaczanie centrum w przestrzeń dla firm powoduje, że biedniejsi mieszkańcy wydają się tam coraz bardziej ?nieprzystający?. Wreszcie władze, poprzez politykę powszechnego uwłaszczenia powodują, że mieszkanie w zasobie gminnym zaczyna jawić się jako aberracja. Idealnym argumentem ułatwiającym opinii społecznej przyjęcie narastającego problemu eksmisji może stać się fakt, że mieszkańcy mogli wykupić to mieszkanie za ?zaledwie trzydzieści kilka tysięcy.? Władze liczą się z faktem, że przekształceniom własnościowym śródmieść towarzyszyć będą masowe eksmisje, ale sądzą, że będzie to operacja stosunkowo prosta i niewiążąca się ze spadkiem poparcia. Nawratek słusznie zauważa, że jeśli to wszystko odbywa się jako projekt rewitalizacji dzielnicy wspierany przez miasto i okraszony działaniami kulturalnymi magistrat po prostu roztacza ?moralny parasol? (dz. cyt. s. 69) nad działaniami kapitału nastawione na zysk kosztem lokalnej społeczności.

Dlaczego takie przekształcenia zwykle oznaczają eksmisję i jakie będą one miały przebieg? Nowi właściciele kamienic będą podążać prawdopodobnie taką samą ścieżką jak dziś podążają ci, którzy wykupili budynki od gmin w ramach projektów reprywatyzacyjnych, lub po prostu skorzystali ze skandalicznie niskich cen nieruchomości wyprzedawanych w latach 90. Wielu z nich nabyło kamienice wraz z mieszkańcami - sami lokatorzy nazywają to ?handlem żywym towarem?. Definicja homo oeconomicus mówi nam, że właściciel prywatny, czyli osoba bądź firma, która zainwestowała pieniądze w nieruchomość oczekuje jak największego zysku z inwestycji. Gdy tylko pojawiła się możliwość bardziej zyskownego zagospodarowania nieruchomości poprzez zmianę najemcy, świeżo uwłaszczeni nabywcy stawali przed problemem jak pozbyć się mieszkańców. Sprawy te uregulowała Ustawa o ochronie praw lokatorów, mieszkaniowym zasobie gminy i o zmianie Kodeksu cywilnego z dnia 21 czerwca 2001, która dokładnie opisuje kogo i dokąd można eksmitować. Ustawa miała w założeniu likwidować problem tzw. eksmisji na bruk, która jest bezpośrednią przyczyną bezdomności, ale organizacje ochrony lokatorów alarmują, że wcale tak się nie stało. Właściciele potrafią już bardzo dobrze obchodzić przepisy. Sztandarowym przykładem z lata 2009 był posiadacz jednej z warszawskich kamienic, który ogłosił jej mieszkańcom, że muszą się wyprowadzić bo w budynku mają zamieszkać członkowie jego najbliższej rodziny (dotychczas mieszkało tam rodzin 17), a w takiej sytuacji Ustawa zwalnia go z obowiązku zapewnienia lokalu zamiennego. Warto przypomnieć także, że w 2009 roku rząd Donalda Tuska przystąpił do pracy nad dalszą liberalizacją ustawy.

Organizacje lokatorskie walczą także z dysfunkcjonalną biurokracją magistratów, które jak tylko mogą, sztucznie zmniejszają kolejki do nielicznych mieszkań socjalnych. Warszawskie Stowarzyszenie Lokatorów nagłośniło przypadek rodziny która dostawszy trzyletnie wypowiedzenie najmu, nie mogła wpisać się na listę oczekujących na mieszkania socjalne do czasu wygaśnięcia umowy. Działacze WSL twierdzą, że to w Warszawie częste i ludzie, którzy dostają wypowiedzenia, nie mogą być wpisani na listę osób oczekujących do czasu aż stracą dach nad głową, podczas gdy na lokale socjalne czeka się latami.

Ponieważ nakładane przez Ustawę wymogi stawiane lokalom socjalnym są niezbyt rygorystyczne możemy się także obawiać, że już wkrótce popularne stanie się przerabianie budynków niemieszkalnych na baraki mogące pomieścić eksmitowanych. Ustawa zakłada bowiem, że 5 osobowa rodzina może mieszkać w jednym pokoju o powierzchni 5 na 5 metrów. Wtóruje jej wspomniana już Strategia Wrocław w Perspektywie 2020 plus ?Standard mieszkań socjalnych przydzielanych osobom w rozpaczliwej sytuacji materialnej powinien skłaniać je do wysiłków zmierzających do pozyskania mieszkań z rynku.? (s.21) Problem polega jednak na tym, że w tej chwili nawet tych mieszkań ?zmuszających do wysiłków? w Polsce nie ma. To wszystko wraz z faktem, że systematyczne windowanie czynszów może sprowadzić wyroki eksmisyjne nawet na osoby, którym teoretycznie mieszkania socjalne się nie należą sprawia, że realną groźbą staje się wzrost liczby bezdomnych, czy po prostu przeludnienia mieszkań (ucieczka do rodzin, także poza miasta). Pamiętajmy że czynsze podnoszą zarówno prywatni właściciele jak i gminy, te ostatnie przy tym niechętnie korzystają z przyznanego im prawa do stosowania zwolnień i ulg z czynszów (Kłopot dz. cyt. s.136) czego najlepszy przykład w 2009 dała warszawska Rada Miasta podnosząc zarówno czynsze, co kryterium dochodowe zwolnień.

Wypieranie funkcji mieszkalnej z centrum powoduje oczywiście jej eksport na obrzeża miasta, a nawet poza jego granice. Oto jak zaczyna się pewien artykuł w tworzonej przez społeczność internautów encyklopedii Warszawy:

Osiedle Dudziarska (także Osiedle Kozia Górka) to zespół trzech bloków mieszkalnych na Pradze Południe w rejonie Olszynka Grochowska przy ul. Dudziarskiej, uznawane przez mieszkańców za warszawskie slumsy i najbardziej niedostępne miejsce w mieście. Przez długi czas dzielnica Praga Południe walczyła o doprowadzenie do osiedla linii autobusowej. ZTM14 listopada 2007[6], kiedy to na trasę z Olszynki Grochowskiej do Osiedla Dudziarska ruszyła linia autobusowa 137[7]. stworzył ją dopiero Osiedle Dziudziarska powstało właśnie by zapewnić mieszkania lokatorom z pierwszej fali wysiedleń w latach 90. Na lokalizacje wybrano teren pomiędzy liniami torów kolejowych, całkowicie odizolowany od reszty miasta. Efekt jest taki, że wśród mieszkańców wytworzyła się specyficzna więź oparta na opozycji do reszty warszawiaków ? sami siebie określają oni jako ?przerzuty.?

Oprócz susbtandardowego budownictwa socjalnego, osadnictwo na relatywnie taniej podmiejskiej ziemi przybiera często formę dużych inwestycji firm deweloperskich skierowanych dla nico mniej majętnych klientów niż apartamenty w centrum (osiedla domków, lub niewielkie bloki). Wciąż popularne jest indywidualne budownictwo[8], główne jednak tam gdzie ziemia jest najtańsza, czyli w pewnej odległości od węzłów komunikacyjnych. Rozwój podmiejskich osiedli pogłębia oczywiście trudności komunikacyjne w mieście, co jest pretekstem dla niekończącego się podnoszenia nakładów na infrastrukturę samochodową, które jak na razie po 20 latach od zmiany ustroju gospodarczego, zdają się wcale nie polepszać sytuacji. Polskie miasta są coraz bardziej zakorkowane, ale nie w takim stopniu jak zachodnie metropolie, w których opisywane przemiany zaszły wcześniej. Konsekwencją działalności deweloperów jest również tworzenie zamkniętych enklaw ludzi o określonym statusie finansowym. Oczywiście ceny mieszkań na nowych osiedlach skutkują określonym ich składem społecznym (zależnym jeszcze od dokładnego umiejscowienia i walorów osiedla), który często odcina się od bezpośredniego sąsiedztwa. Podkreśleniem tej różnicy bywają płoty, automatyczne bramy, ochrona i kamery.

Za Nawratkiem możemy przytoczyć popularną na zachodzie tezę, że dzielnice współczesnego miasta kapitalistycznego są tylko węzłami globalnej struktury, nie tworzą żadnego organizmu (dz. cyt. s.40-41). Dzielnice fabryk są elementem światowego systemu wytwórczego, dzielnice biurowców światowego systemu finansowego, ale nie ma już miasta jako takiego, wspólnego dla wszystkich. Taki ?rozbiór miasta? jest bardzo poważnym zagrożeniem dla istnienia lokalnej wspólnoty. Dyskusja nad społecznym kryzysem miast europejskich ogniskuje się ostatnio wokół zaniku tradycyjnej agory oraz rozrostu przestrzeni handlowo-usługowych, podczas gdy Nawratek zwraca uwagę, że są to jedynie powierzchowne symptomy dużo głębszej choroby. Jeśli będziemy mieli do czynienia z postępującą gettoizacją dzielnic i osiedli nawet najbardziej otwarte przestrzenie wewnątrz zamkniętych enklaw nie będą budowały żadnej społeczności szerszej niż określona grupa zawodowa, bądź warstwa społeczna. Taka sytuacja sprzyja narastaniu wrogości i poczucia wyobcowania pomiędzy obywatelami z różnych grup społecznych, których kontakty stają się coraz bardziej ograniczone. To zaś nakręca spirale ?obsesji bezpieczeństwa? z jednej strony i sprzyja dalszemu zamykaniu się klas wyższych i średnich, rozrostowi aparatu technicznej kontroli (por. Davis, 2009 s.168) i kryminalizowaniu samej obecności intruzów w ich dzielnicach. Biedni realizują ten sam model przy użyciu środków uchodzących za nielegalne.

Myślę jednak, że za wcześnie by mówić o gettoizacji wielkomiejskich dzielnic w polskich miastach. Jak wykazuje Davis struktura przestrzenna większości miast świata dzięki działaniom wspomnianych stosunków towarowo-pieniężnych dąży do jednego z dwóch modeli (tamże s.49-50). Albo biednych zamyka się w enklawach wewnątrz miasta, a zamożniejsi ludzie zamieszkują obrzeża, albo odwrotnie ? to biedota wypychana jest z centrum. Polskie miasta na tym tle wciąż zdają się jeszcze stanowić hybrydy, przestrzenna koncentracja ubóstwa nie osiągnęła jeszcze poziomu znanego z Londynu, Paryża, nie mówiąc o miastach ubogiego Południa (osobiście jestem zwolennikiem tezy, że Polska z czasem upodabnia się do krajów latynoamerykańskich, a nie do Europy Zachodniej, nasi komentatorzy polityczni wybierają sobie zły punkt odniesienia). Sądzę, że najważniejsze przemiany powodowe urynkowieniem są jeszcze przed nami i mogą one przynieść falę konfliktów społecznych i niezadowolenia mieszkańców.

Najdrastyczniejszym elementem będzie komercjalizacja starych kwartałów, wypieranie dotychczasowych mieszkańców centrum i stopniowa kamienic. Potencjalną konsekwencją tego procesu jest rozbudowa osiedli podmiejskiego, substandardowego budownictwa dla osób eksmitowanych. Koniecznością będzie także osiedlanie się na obrzeżach osób, które przybyły do pracy, czy na studia z zewnątrz miasta i nie posiadają środków na wynajem w śródmieściu. Rosnąć będzie zatłoczenie przedmieść (tak dzielnic jak i poszczególnych budynków i lokali) i chaos komunikacyjny w mieście. Może to brzmieć wciąż bardzo pesymistycznie, ale pamiętajmy, że polityka opierająca się na założeniu, że likwidację deficytu mieszkań można sfinansować z indywidualnych kredytów jest ekonomiczną fikcją, a inwestorzy będą cały czas dążyć do ograniczenia i elitaryzacji mieszkalnictwa w centrum. Jednocześnie miasta ograniczają posiadany zasób mieszkań komunalnych.

Jeśliby powyższe stwierdzenia miały nas prowadzić do jakichś konkluzji i postulatów, to pierwszym musi być natychmiastowe zaprzestanie prywatyzacji miejskich zasobów mieszkaniowych. Ich istnienie stanowi konieczność chociażby dlatego, że duża grupa mieszkańców Polski to osoby, które nie stać na kupno mieszkania z rynku, zaś nie kwalifikują się do przydzielania mieszkań socjalnych. Kolejnym argumentem jest nieludzki standard obecnego budownictwa socjalnego, nawet osoba biedna nie powinny żyć na przestrzeni 5 metrów kwadratowych. Pewne jest, że miasta muszą zacząć poważnie traktować swoją rolę na rynku budowlanym, a więc remontować oraz przebudowywać posiadany zasób. Konieczne jest także tworzenie nowoczesnych budynków komunalnych, tak aby mieszkania gminy odpowiadały na zmieniające się potrzeby społeczności lokalnej. Aby pokryć koszty tych operacji pozostając jednocześnie w zgodzie z ideą sprawiedliwości społecznej konieczna jest aktywna polityka czynszowa, czyli relatywnie wysokie czynsze połączone z realnie funkcjonującym systemem progresywnych zwolnień dla osób o niższym dochodzie (por. Kłopot dz. cyt. s.136) (Moim zdaniem wszystkie instrumenty polityki społecznej powinny dążyć do stanu w którym żadna rodzina nie żyje poniżej minimum socjalnego, co jest oczywiście niezwykle trudne przy bieżącej rozpiętości dochodów, lecz jako pewien stan postulowany powinno wyznaczać kierunek działań.) Powyższe postulaty mieszczą się w ramach obowiązującego w Polsce prawa, a ich realizacja zależy w dużej mierze od władz samorządowych.

Myślę jednak, że godnym podjęcia programem dla lewicy jest całkowitalikwidacja własności prywatnej ziemi oraz poddanie zarządzania tkanką miejską kontroli społecznej na wzór partycypacyjnego systemu Porto Alegre. To miasto zbliżone wielkością do Warszawy jest miejscem corocznych, powszechnych głosowań nad budżetem każdej dzielnicy. Wybierany jest również bezpośrednio, na roczną kadencję przedstawiciel mieszkańców kontrolujący jego wykonanie. Poddanie nadzoru nad inwestycjami radom mieszkańców zarządzających dzielnicami w sposób maksymalnie bezpośredni ogranicza możliwość ignorowania negatywnych dla części ludności (neoliberalna praktyka pokazuje, że głównie uboższej) polityki gminnej. Likwidacja własności prywatnej ziemi zlikwidowałaby w miastach enklawy wyjęte spod publicznego nadzoru, zapobiegałaby faworyzowaniu budownictwa skierowanego do najbogatszych, koncentracji biedy na taniej ziemi oraz uniemożliwiała spekulacyjną gospodarkę gruntową. Możemy przewrotnie powiedzieć, że to jest jedyny realistyczny programem dla lewicy. Każde mniej radykalne rozwiązanie będzie gaszeniem pożaru szklanką wody.

Tak długo jak istnieje prywatna własność ziemi oraz nieskrępowany obrót budynkami, tak długo firmy mają żywotny interes w tym by zarządzać miastem wraz z politykami zamiast jego mieszkańców. Władza polityczna nad planami zagospodarowania przestrzeni, warunkami realizowania określonych inwestycji, itp. skoncentrowana jest w tej chwili rękach stosunkowo niewielkiej grupy ludzi. Kontrola społeczna nad samorządami sprawowana jest wyłącznie poprzez odbywające się co kilka lat wybory hegemonizowane w dużej mierze przez dość stabilny układ ogólnokrajowych partii politycznych (poprzez finansowanie i dobór kandydatów). Taka sytuacja sprzyja wytworzeniu kasty ?miejskich ekspertów? i zanikowi debaty publicznej, cele i środki rozwoju miejskiego są definiowane odgórnie przez niewielką grupę ludzi. Przestrzeń debaty publicznej zajmowana jest wówczas przez powielanie dyskursu neoliberalnego, który w samych swych założeniach sankcjonuje zarządzanie eksperckie i elitarne (por. Nawratek dz. cyt. s.70). Przekonuje on bowiem, że jedyną właściwą logiką jest logika prywatnego inwestora, sformułowana w postaci rzekomo obiektywnych prawideł nie podlegających negocjacji.

Kluczowym celem władzy politycznej jest wedle tych prawideł zapewnienie przyjaznych warunków dla inwestycji wielkiego kapitału. Praktyka pokazuje, że dyskurs ten towarzyszy zarządzaniu miastem tak, by było ono ?przyjazne dla inwestorów? niezależnie od kosztów społecznych. Inwestorzy zaś nie wpływają na tkankę miejską celem zwiększenia użyteczności infrastruktury dla mieszkańców, lecz po prostu aby maksymalizować swoje zyski. Mit że interes kapitału jest koniecznie zgodny z interesem społeczności odszedł już dawno do skansenu myśli społecznej, zaś powyższe analizy przemian miast również dość wyraźnie mu zaprzeczają. Niezadowoleni mieszkańcy nie mają jednak w bieżącym systemie żadnego formalnego wpływu na decyzję podejmowane w trakcie trwania kadencji, a ich głos w debacie jest tłumiony przez powtarzaną przez ?ekspertów? mantrę.

Powyżej przedstawiłem obraz alienacji analogicznej do alienacji jakiej podlegają parlamenty krajowe. Fakt jest taki, że samorządy nie są przed nią zabezpieczone ani odrobinę bardziej, a praktyka pokazuje że w niektórych wypadkach (choćby ze względu na słabość lokalnych mediów i organizacji obywatelskich, stabilność układów biznesowych) ulegają jej nawet silniej. Zaniechanie proponowanych rozwiązań i pozostanie przy neoliberalnym modelu zarządzania skaże nas na powolny proces gettoizacji i dalszego przekształcania miasta w zbiór enklaw biedy poprzecinanych enklawami bogactwa, do których wstępu będzie bronić święte prawo własności. Pisałem już nieco o napięciach jakie będzie wywoływać przebieg takiego procesu, warto jednak wspomnieć również o tym, do czego on w ostateczności prowadzi. Głównym jego skutkiem jest bowiem przestrzenna koncentracja problemów społecznych. Tam gdzie biedni żyją w skupiskach nie powstają dobre szkoły, nie opłaca się doprowadzać transportu miejskiego, jako nieatrakcyjny dla inwestorów obszar wypada z miejskich planów zagospodarowania (nie licząc wspomnianego wyżej wypadku, gdy ukrytym celem takiego planu jest wysiedlenie biednych jeszcze dalej od centrum i uczynienie terenu ?lepszym? w myśl Rental Gap Theory). Enklawy takie szybko stają się obszarami bez wyjścia[9], ich istnienie sprzyja reprodukcji nierówności, ludzie w nich urodzeni zazwyczaj umierają biedni, niewiele przynosząc swojej społeczności ? nie mogą zdobyć wykształcenie i znaleźć pracy.

Po pewnym czasie getta stają się takim obciążeniem dla budżetu państwa i miasta, że tańszym rozwiązaniem okazuje się cofnięcie wszelkiej pomocy i choćby symbolicznych prób ich ratowania i zastosowanie bezlitosnych środków policyjnych i wojskowych wobec powstałego w ten sposób niezadowolenia, a także indywidualnych prób awansu poprzez przestępczość (Por. Davis 160-161). Tak oto legalna władza wypowiada wojnę gettom czego najjaskrawszym przykładem są brazylijskie favele, które otacza się murami aby utrudnić przemieszczanie się ludności w momencie państwowego ataku[10] (identyczny jest zresztą sposób traktowania przez siły państwowe Izraela okupowanych terytoriów arabskich, które również stanowią morze nędzy).

Polskim miastom oczywiście daleko jeszcze do tego stanu. Jednak warto cały czas pamiętać, że neoliberalna polityka została nam narzucona zaledwie 20 lat temu. Niestety likwidacja zasobu komunalnego, wypieranie biednych z ich domów w centrum, wiara w to, że mieszkania zdobywa się wyłącznie za pomocą wąsko dostępnych kredytów indywidualnych, wszystkie problemy, które opisywałem w powyższym tekście, a które stanowią codzienność polskich miast sytuują nas właśnie na drodze w kierunku eskalacji nierówności i problemów społecznych. Warto pamiętać także, że kwestia mieszkaniowa jest tu tylko jednym z wielu, ale niezwykle istotnym czynnikiem.

lipiec-sierpień 2009

Bibliografia:

Davies (2009) Planeta slumsów Warszawa: Książka i Prasa.

Dominiak (2005) Realizacja społecznych celów mieszkalnictwa w krajach Unii Europejskiej. Implikacje dla Polski [w:]Lucyna Frąckiewicz (red.), Przeszłość i przyszłość polskiej polityki mieszkaniowej Warszawa-Katowice: IPiSS-IGW

Dahrendorf (1993) Nowoczesny konflikt społeczny. Warszawa: Czytelnik.

Harvey (2008) Neoliberalizm, historia katastrofy Warszawa: Książka i Prasa.

Kłopot (2007) Kwestia mieszkaniowa we Wrocławiu w: Borowik, Sztalt (red.) Współczesna socjologia miasta. Wrocław: Wydawnictwo UWr.

Nawratek (2008) Miasto jako idea polityczna. Kraków: ha!art.

Strategia Wrocław w perspektywie 2020 plus. Wydanie internetowe: Urząd Miasta Wrocławia. http://www.wroclaw.pl/m3521/

[1] Według internetowych kalkulatorów kredytowych rata miesięczna kredytu zaciągniętego na 30 lat na kwotę 350 000 zł wynosi od 2400-2900 zł, a przeciętne wynagrodzenie dla sektora przedsiębiorstw wynosiło w czerwcu 2009 roku 3287,88zł brutto (Te i inne cytowane w artykule dane statystyczne, o ile nie zaznaczono inaczej, pochodzą z banków danych dostępnych na oficjalnej stronie GUS http:\\www.stat.gov.pl).

[2] Warto zauważyć, że mimo iż władza centralna pozbyła się wydatków na mieszkalnictwo komunalne na rzecz gmin, a te jak wykazuje dalej w artykule starają się te wydatki w ogóle likwidować nadal działa program rządowy ?Rodzina na swoim? w ramach, którego państwo wypłaca pieniądze bankom, w których zaciągają kredyty mieszkaniowe ludzie średnio zamożni. Program jest wprawdzie niszowy ze względu na niewielką grupę docelową jednak symptomatyczny, państwo nie chce pomagać biednym.

[3] Na podstawie danych Polskiego Generalnego Sondażu Społecznego z 2008 roku. Opracowanie własne.

[4] Nie posiadam dokładnych danych o strukturze tych wydatków, specyfika neoliberalnego planowania, którą opisuję dalej każe jednak przypuszczać, że całkiem słuszna może być intuicja, że nawet te niewielkie pieniądze nie mają na celu podniesienia funkcjonalności budynków dla mieszkańców, ale raczej ich atrakcyjności dla potencjalnych inwestorów, przykładem są tu remonty elewacji. Swoistym ograniczeniem jest tu przepis zabraniający miastu sprzedawania budynków poddanych remontom generalnym. Jeśli zaś miasto chce jak wynika ze ?Strategii?? sprzedać wszystkie mieszkania oznacza, to że remonty generalne są niepożądane.

[5] Wspominałem już o uchwałach RM Wrocławia, a także wielu innych miast zabraniających sprzedaży świeżo wyremontowanych budynków, w których chodzi tylko o remonty kapitalne, których prawie się nie przeprowadza. Po drugie miasto może odnowić kamienice po to by przyciągnąć inwestorów również w ich sąsiedztwo. Jak wyjaśnia kolejne zdanie tekstu, za publiczne pieniądze można remontować nawet już sprzedane kamienice, przynajmniej są takie próby.

[6] Pierwszy blok powstał w 1994 roku.

[7] http://warszawa.wikia.com/wiki/Osiedle_Dudziarska

[8] Według GUS w 2007 roku aż 88% sprzedanych przez gminy gruntów zostało przeznaczonych na zabudowę jednorodzinną

[9] Proszę zauważyć, że odwracam tutaj wyświechtany slogan Ralfa Dahrendorfa, który miejskie getta nazywał obszarami ?bez wstępu? (1993 s.254), dla większości ludzi obszarami bez wstępu są zamknięte osiedla, biurowce i inne przestrzenie prywatne (dla niektórych nawet centra handlowe).

[10] Co ciekawe polityka ta posługuje się przeciwnymi środkami niż Haussmannowska przebudowa Paryża, ale zmierza w tym samym kierunku. Haussmann projektował szerokie ulice między innymi po to aby zapewnić możliwość swobodnego poruszania się po nich wojska wypadku zamieszek. Mury faveli są dużo mniej subtelnym i reprezentacyjnym sposobem na stłumienie oporu społeczności niż ulice Paryża, ale jak widać skuteczniejszym (inne techniki zarządzania biedą w III Świecie również odnosząc się do Haussmana opisuje Davis 2009 s.143-150 i 160).

http://komunyparyskiej.wordpress.com/polskie-slumsy-przyszlosci/

Źródło: http://cia.bzzz.net/czekajac_na_polskie_slumsy_przyszlosci

Dodaj do:

Deli.cio.us    Digg    reddit    Facebook    Wykop    Gwar
 
Joomla SEO powered by JoomSEF

Polecamy

Lokatorzy
Lokatorzy
Lokatorzy
Warszawskie Stowarzyszenie Lokatorów
Inicjatywa Pracownicza
Lewica.pl
Lewicowo
Rozbrat
Alterkino.org
Przegląd Anarchistyczny

W galerii



Kopiowanie za podaniem źródła i autora w całości i we fragmentach dozwolone.
Główny | Kampania | Artykuły | Sprawy | Prawo | Materiały | Przyłącz się | Wspomóż | Galeria | Kontakt | Linki

stat4u