Sprawa Brzeskiej

Autorka: Elżbieta Isakiewicz
Źródło: Tygodnik Powszechny

Tlące się ciało na skraju pola w Lesie Kabackim dostrzegł spacerowicz. Była czwarta po południu, 1 marca. Nad ciałem kilka młodych brzóz. Dziś wśród nich palą się znicze. Obok fotografia: kobieta o spokojnych rysach, z krótko obciętymi jasnymi włosami i w dużych okularach. – Odkąd pamiętam, mama nosiła takie okulary – mówi Magdalena Brzeska, córka Jolanty. – Było jej w nich do twarzy.

Twarzy po spaleniu nie dało się rozpoznać, tylko te oprawki.

 

Życie

Las Kabacki i ulicę Nabielaka na Mokotowie dzieli 20 kilometrów – odległość między śmiercią a życiem. Magda Brzeska o emeryckim życiu Kazimierza i Jolanty, rodziców: – Skromne, ustabilizowane. Przejażdżki rowerowe, wycieczki na jagody, grzyby. Kilka razy w tygodniu zajęcia na Uniwersytecie Trzeciego Wieku. Wieczorem telewizor, herbata w kubkach.

W przedemeryckim życiu też nic ponad powszedniość: on po technikum, od szóstej do czternastej pracuje w przedsiębiorstwie związanym z budownictwem; ona po maturze, jest referentką na Politechnice Warszawskiej. Kiedy w 2006 r. zostaną sprzedani, z zacięcia archiwistycznego będzie krok po kroku dokumentować wydarzenia procesowe, odwołania, wyroki, upchnie w segregatory urzędowy zapis walki – coś jakby czarna skrzynka wypędzania.

Można powiedzieć, że standardowy – jak na Warszawę – jest również rys historii. Ojciec Jolanty walczył w AK. Z obozu w Niemczech wrócił z drewnianą walizką, którą Magda pamięta, bo w mieszkaniu na Nabielaka traktowali ją jak relikwię; ze stalinowskiego więzienia – z poszarpanymi nerwami. Był kierowcą w firmie, która przy tej ulicy odbudowywała kamienice, dlatego w jednej z nich dostał mieszkanie: pracowniczy przydział z 1951 r., wkrótce przypieczętowany bezterminową umową najmu z gminą.

Jolanta ma wtedy trzy lata. Wszystko, co pamięta, wiąże się z Nabielaka 9.

Gdzieś na początku lat 90. po klatce schodowej kamienicy zaczyna się błąkać transformacja. Sąsiad sąsiada zagaduje: “A słyszał pan, że mieszkania pozwalają wykupić?”. Magda pamięta rozmowy rodziców: coś tam uciułali na wypadek choroby, może by na wykup starczyło, ale tak naraz pozbyć się oszczędności? A właściwie co to da, przecież nikt ich stąd nie wyrzuci.

Między tymi, co wykupili, a tymi, co nie, nie było różnicy; razem odśnieżali dach, kładli papę, smołowali. Z nastaniem nowego wieku Brzescy znowu zaczynają liczyć: może jakby wziąć kredyt i do tych uciułanych dodać, to by się dało mieszkanie wykupić, ale w administracji powiedziano, że teraz już za późno, bo są jakieś roszczenia. Uspokojono jednak, że to nic pewnego, żeby się nie przejmować. Nie przejmowali się.

Pod koniec kwietnia 2006 r. ze skrzynek pocztowych wyskakuje pismo z Biura Gospodarowania Nieruchomościami, informujące, że budynek został przejęty przez prawowitych spadkobierców. “Prawa lokatorów zostają zachowane”, z tym że odtąd mają płacić czynsz na konto nowego właściciela. – Jak prawa zachowane, to nie ma się czym martwić – odpędzili czarną wizję Brzescy. Lecz nazajutrz wizja zapukała sama. Magda: – Jemy obiad, a tu dzwonek do drzwi. Za nimi stado ludzi: panie koło siedemdziesiątki, faceci pod sześćdziesiątkę. Mówią: “jesteśmy właścicielami, chcielibyśmy obejrzeć mieszkanie”. Każdy w takiej sytuacji by zgłupiał, tata ich wpuścił. Rozeszli się po pokojach, nie pytając o pozwolenie. A tu łóżko nieposłane (mój 2-letni synek chorował), tu na talerzach niedojedzona zupa, dosłownie zaglądali nam do talerzy.

Brzeska odtwarza tamten obraz poturbowanej intymności, mężczyznę rozsiadającego się w fotelu, który, patrząc na Jolantę, pyta: “No i jak się pani żyje w moim mieszkaniu?”, pobladłą twarz matki. – Ona chyba wtedy zrozumiała, że już po tamtym życiu – twierdzi Magda.

Zaczęła się era straszącej skrzynki. W dawnym życiu skrzynka była od kartek na święta, rachunków i listów od cioci Gieni. W tym zamieniła się w potwora wypluwającego niemieszczące się w głowie wieści: nowy właściciel informował, że dotychczasowe umowy najmu są nieważne. “Jak to nieważne? W administracji mówili, że ważne!” – zawrzało na Nabielaka. A tu skrzynka bombarduje: za bezumowne korzystanie z mieszkania właściciel nalicza sobie 1900 zł odszkodowania miesięcznie, od niewpłaconego w porę naliczane są odsetki. W administracji rozkładają ręce: “To chyba musi rozstrzygnąć sąd”.

– Wiedzieliśmy już, że mężczyzna, który rozsiadł się w naszym fotelu, nazywał się Mossakowski – opowiada Magda Brzeska. – Stał się głównym tematem rodzinnych i sąsiedzkich rozmów. Chodził od lokatora do lokatora i mówił: “Chętnie wam pomogę z tego wybrnąć”. Za opuszczenie mieszkania oferował 20, 50 tysięcy zł. Jak ktoś miał gdzie się przenieść, brał, i jak najszybciej zmykał. W ciągu pierwszych tygodni w kamienicy zwolniły się dwa mieszkania. Za nasze 80-metrowe proponował 80 tysięcy. Ale myśmy nie mieli dokąd pójść, a na wolnym rynku za taką kwotę nie kupisz nawet 10-metrowej klitki.

Z oszczędności, co miały być na chorobę, Brzescy wynajmują prawnika. Pewnego dnia dzwoni: “Miałem wizytę kilku panów, poprosili, żebym zrezygnował z prowadzenia spraw lokatorów”. To był doświadczony, starszy mecenas, serdecznie Brzeskich przeprosił.

– Z takim problemem zostaje się samemu – potwierdza Oskar Hejka, właściciel portalu obywatel24.pl, na którym walczy z bezprawiem legislacyjnym, ekonomista i wynalazca, z pasji prawnik, syn rodziców sprzedanych razem z kamienicą na Nowym Świecie. W zdecydowanej większości taka sytuacja dotyczy ludzi starszych, rencistów, emerytów, których na pomoc prawną nie stać.

Mity

Polowanie na kamienice komunalne ruszyło z impetem w 2004 r., za rządu Leszka Millera, kiedy to do ustawy o gospodarce nieruchomościami wprowadzono nowelizację, nakazującą liczyć wysokość odszkodowania za zagrabione w PRL mienie według cen współczesnych, a nie – jak przedtem – w dniu grabieży. W Gdyni np. dawny właściciel kamienicy jeszcze w 2003 r. mógł dostać odszkodowanie ok. 15 tys. zł, dziś – ok. 2 mln.

Brak ustawy reprywatyzacyjnej zastąpił chaos. Ze skarbu państwa, praktycznie bez kontroli, na podstawie wyroków sądowych, zaczęły wypływać miliony. A kiedy zjawisko wzięła pod lupę NIK, okazało się, że to nie spadkobiercy zyskują najwięcej na zmienionym prawie, lecz firmy specjalizujące się w wyszukiwaniu dawnych właścicieli, które zatrudniają prawników, biegłych od wyceny majątku i detektywów. Z ułowionym właścicielem podpisują umowy notarialne, na których mocy, w zamian za zwrot kamienicy, biorą często większą część odszkodowania.

Marcin Bajko, dyrektor Biura Gospodarki Nieruchomościami w Warszawie, ocenia, że sprawami odzyskiwania kamienic zajmuje się tu grupa kilkudziesięciu osób wyspecjalizowanych w skomplikowanej procedurze postępowań dekretowych – to jedyne miasto w Polsce, gdzie w 1945 r. wprowadzono dekret Bieruta, zgodnie z którym wszystkie nieruchomości przechodziły na własność państwa. Zdaniem urzędnika, podeszły wiek właścicieli lub ich spadkobierców to główna przyczyna, sprzedaży roszczeń: nie mają siły i ochoty prowadzić spraw sądowych.

W zeszłym roku zrobiło się głośno o kamienicy przy Hożej – prawa do roszczenia o nią Marek Mossakowski, znany już lokatorom z Nabielaka, kupił od sędziwej spadkobierczyni za 50 zł, a od gminy zażądał 5 mln odszkodowania.

Pieniądz napędza pieniądz. Największe skupiska starych kamienic spotkać można w centrach aglomeracji, na terenach atrakcyjnych dla deweloperów, którzy na pniu kupują je od nowych właścicieli, burzą i stawiają apartamentowce. Kamienice bez obciążenia, jakim są lokatorzy, to skarb. Ale w kraju chronicznego głodu mieszkaniowego skarbem jest każde mieszkanie: wynajęcie go lub sprzedanie na wolnym rynku opłaca się bardziej niż ściąganie czynszu od emeryta.

– Choć ustawa o ochronie lokatora nakłada na właściciela pewne ograniczenia w windowaniu czynszu, to jednocześnie uchyla mu furtkę do podwyżek – wyjaśnia Oskar Hejka. – Można je np. uzasadnić koniecznością remontu.

Magda Brzeska pokazuje ostatni rachunek za czynsz na Nabielaka: prawie 3 tysiące, dwukrotnie więcej niż emerytura Jolanty. – Przez te wszystkie lata rodzice nigdy nie spóźnili się z płatnością nawet o dzień – zapewnia. – Czynsz był święty.

– W kamienicach oddanych razem z ludźmi płacimy stare czynsze, bo na nie nas stać – mówi Janusz Baranek, sprzedany w 2007 r. w budynku na Dahlberga 5. Tłumaczy, że to sposób na obronę lokatorskiej godności, komunikowanie światu: nie jesteśmy pasożytami. Za jego 67-metrowe mieszkanie właściciel każe płacić 2156 zł.

Sprzedani mówią o konsekwencjach mitu darmochy, ciągnącego się za ich życiem w kamienicach z pokręconą historią: tych kąśliwych komentarzach, od których pęka internet po każdorazowym doniesieniu o proteście wyrzucanych: “A niby dlaczego lokator komunalny to ma być lepszy gatunek obywatela?”; uwagach znajomych ze spółdzielczych bloków: “Wasze czynsze zawsze były niższe od naszych”. Mit szerokim zakolem omija prawdę o standardzie mieszkań komunalnych, zwykle bez centralnego ogrzewania i ciepłej wody, konieczności montowania piecyków gazowych lub elektrycznych, i rachunków za nie, od których jesienią i zimą łatwo o zawrót głowy. Z dawnym czynszem Janusz Baranek płaci za to 600 zł miesięcznie.

Pod osłoną mitu darmochy rozgrywa się pierwszy etap wykluczania. Jego przekaz – “nie stać cię na nowe stawki, to odejdź” – wpędza w strefę zagrożenia. – Myśmy przez tę sytuację potracili znajomych – mówi Baranek – bo staliśmy się monotematyczni. Umiemy rozmawiać tylko o mieszkaniu. Tego po stronie niezagrożonych nie da się zrozumieć.

Konfrontacja

W 2007 r. Robert J., właściciel kamienicy przy Konduktorskiej 18 (niedaleko Nabielaka), pozbawia lokatorów ogrzewania. Przez dwie zimy śpią w ubraniach (często odwiedzają ich Brzescy).

Odłączanie od ciepła, gazu i elektryczności to klasyka w ofercie szkoły przetrwania po przejęciu kamienicy z przeszłością. W ofercie znajdziesz też opcję siłową: “Wyważyli drzwi na korytarz, tak że każdy może wejść” – opowiada dziennikarzom “Gazety Krakowskiej” 78-letnia Alicja Sroka z ulicy Siemiradzkiego w Krakowie. – Zabarykadowali ubikację. Podczas remontu zasypali wywietrzniki wentylacyjne, odpływ wody. Nie mogę nawet odkręcić kurka, bo w wannie wybija mi szambo. Smród jest nie do wytrzymania”.

Jest późny wieczór, 22 stycznia. W mieszkaniu na Nabielaka Jolanta z herbatą w kubku ogląda serial, Kazimierz przerzuca gazetę. Naraz za drzwiami frontowymi jakiś chrobot, za moment bzyczenie, jeszcze chwila – przeraźliwy dźwięk piłowanego metalu. Otwierają: sypią się iskry, paru facetów z grubymi karkami stoi ze szlifierką diaksową. Jest policja. Właściciel oświadcza: “Ja tu jestem zameldowany”.

– Akurat zadzwoniłam do mamy – wspomina Magda – A ona: “nie mogę rozmawiać, mam włamanie”. Zawiadomiła znajomych, sąsiadów, byli świadkami. Potem wyszło na jaw, że ktoś, meldując właściciela, złamał prawo – nie wolno meldować bez zgody głównego najemcy (była nim Jolanta).

– Tamtego wieczora mama usłyszała od pana Mossakowskiego: “No i po co pani to było? Trzeba się było ze mną dogadać” – relacjonuje Magda.

Marek Mossakowski zaprzecza, że włamał się do Brzeskich – najlepszy dowód, że prokuratura umorzyła sprawę. Czy stosuje nieetyczne metody? Bzdura. Może np. okazać protokół, z którego wynika, że w budynku, w którym odcięto gaz, było zagrożenie dla ludzi. – Na wszystko mam dokumenty – zapewnia. – Oprócz nich są tylko pomówienia, piramida Cheopsa pomówień.

Kartka

Kilka dni po tym incydencie Janusz Baranek dowiaduje się z kartki, którą ktoś nocą przykleił do drzwi frontowych, że kamienica, w której mieszka, została zwrócona. Kartka to najczęstszy sposób powiadamiania lokatorów, że skończyło się dotychczasowe życie. Na kartce są nazwiska tych, co kamienicę odzyskali. Zaczął szukać w internecie, znalazł wiadomość o włamaniu do Brzeskich – nawiązali kontakt. – Jola była twarda, konkretna. Chciała walczyć. Razem z mężem współzakładała Warszawskie Stowarzyszenie Lokatorów, w którym i ja zacząłem działać. Zaprzyjaźniliśmy się.

Nazajutrz po zawiśnięciu kartki Baranek idzie z sąsiadami do burmistrza dzielnicy. Ten pierwsze słyszy, że na jego terenie ktoś odzyskał kamienicę. Wędrują do Biura Gospodarki Nieruchomościami, proszą o wgląd do dokumentacji przekazania budynku. Urzędnicy: “Nie wolno jej wam okazać”.

– Po tym, jak rodzicom wywieszono kartkę, też zaczęliśmy się dowiadywać. Pokątnie, po znajomościach – potwierdza Oskar Hejka. Te znajomości to jedyna szansa na wiedzę spoza kartki, bo w 2000 r. wyrokiem NSA uznano, że w procesie reprywatyzacji sprzedani nie są stroną: pozbawiono ich wszelkich praw, a więc i prawa do informacji. “Zostaliśmy potraktowani przedmiotowo i przekazywani z rąk do rąk – napisali w liście otwartym do władz. – Państwo wyraziło zgodę, byśmy byli towarem”.

Hejka postanowił dowiedzieć się, dlaczego państwo wyrzuciło obywateli z domów komunalnych poza nawias: przekopał się przez kodeksy i znalazł winowajcę w artykule 678 kodeksu cywilnego. Mówi on, że w przypadku zbycia rzeczy najętej, nowy właściciel zyskuje prawa i obowiązki strony umowy. Jest niegroźny, gdy stosuje się go w normalnych życiowych sytuacjach (np. gdy wynajmujemy od kogoś mieszkanie na wolnym rynku i warunki transakcji zawieramy w umowie notarialnej), przeniesiony do kamienic z pokręconą historią, staje się narzędziem wypędzania. Hejka argumentuje: – Ci ludzie mieli dożywotnie umowy z miastem, nie złamali ich warunków, więc dlaczego druga strona nie chce się z nich wywiązywać? To złamanie zasady pacta sunt servanda.

– Chodzą z tym pytaniem od instytucji do instytucji (zdarza się, że urzędnicy mówią: “Bardzo państwu współczujemy”), na własną rękę grzebią w archiwach. Na Nowym Świecie 24 dogrzebali się oszustwa: dowiedli, że jedna z rzekomych spadkobierczyń nią nie jest. W tej kamienicy wciąż żyją ludzie, którzy podnosili ją z gruzów i pamiętają, że była w 80 proc. zniszczona. Kiedy pojawiła się kartka, że tacy a tacy są właścicielami, złapali się za głowę: “Czego? Tamtych gruzów?”.

Eksmisja

Kiedyś jeden ze sprzedanych wykrzyczał na manifestacji pod Sejmem: “Nam przysługuje tylko jedno prawo: zaciskającej się pętli”. Logika prawa pętli: nie płacisz właścicielowi tyle, ile żąda, występuje o twoją eksmisję. Jakimś cudem płacisz (pozbywając się np. rodzinnych pamiątek): właściciel w każdej chwili może wypowiedzieć ci umowę, jak to uczynił w przypadku Hejków, oświadczając, że potrzebuje ich mieszkania dla córki. Próbujesz pętli się wywinąć: idziesz do urzędu miasta z podaniem o mieszkanie socjalne, ale dowiadujesz się, że ono nie dla ciebie, chyba że nigdy nie pracowałeś, nie płaciłeś czynszu, jesteś alkoholikiem i demolowałeś mieszkanie. Ty, jak Jolanta Brzeska, którą miasto odesłało z kwitkiem, albo Wanda P., sprzedana z mieszkaniem przy ulicy Francuskiej, masz emerytury, powiedzmy 1500 zł. Sąd Wandzie P. powiedział: “Ma pani dzieci, niech one zapewnią pani byt”.

Biurokratyczny absurd to baza prawa pętli. – Znam dwie starsze osoby: matkę i córkę – opowiada Oskar Hejka. – Dochody tej ostatniej zakwalifikowały ją do mieszkania socjalnego, renta matki przekraczała limit o 50 zł. Urzędnicy ostrzegli, że jak zamieszkają razem, to rozwiążą umowę najmu z córką.

Prawo pętli metodycznie odcina drogi ewakuacji. Szukasz jej w banku? Błąd. Kto da emerytowi kredyt na 30 lat? Szukasz w jakimś przyzwoitym domu opieki? Na to twoja emerytura za niska. Do Kancelarii Sprawiedliwości Społecznej, w której pracują wolontariusze wspomagający lokatorów z wyrokami eksmisji, przychodzą niekiedy ludzie z tobołkami, jak małżeństwo z 30-letnim stażem, które spotyka się w parku. Rozdali meble, bo nie mieli gdzie ich wstawić. Ją przygarnęli do kawalerki 80-letni rodzice, on mieszka w 25-metrowej klitce matki. Po jednej z rozpraw sądowych do Oskara Hejki podeszła dziewczyna. “Co ja mam robić? – pyta. – Musimy się z matką wyprowadzić. Ja mogę mieszkać u chłopaka, mamie dochody pozwalają na wynajęcie jakiegoś pokoiku pod miastem, ale właściciel nie chce jej zameldować”. A człowiek bez adresu nie założy konta, nie rozliczy się z fiskusem, nie zagłosuje w wyborach. Dla państwa go nie ma.

Ewa Andruszkiewicz, emerytowana dziennikarka, była – jak Jolanta Brzeska – w swojej kamienicy na Dąbrowskiego ostatnią opierającą się lokatorką. Po eksmisji zakotwiczyła w altance ogródka działkowego, 60 km od miasta. Ogrzewa ją piecykami, ale w lutym miała w środku 5 stopni. Komornik ściąga jej z emerytury dług za naliczone przez właściciela czynsze – nie ma końca zaciskania się pętli. Członkowie stowarzyszeń sprzedanych co i raz spotykają się na pogrzebach: a to ktoś miał zawał, a to wylew. Dwa lata temu umarł Kazimierz Brzeski.

Czasem człowiek sam bierze pętlę do ręki. Tuż po wyroku eksmisyjnym w swoim mieszkaniu powiesił się starszy pan z ulicy Wspólnej 35.

Ogień

Janusz Baranek ostatni raz widział Jolantę Brzeską w piątek, 25 lutego. Po zebraniu w WSL poszli całą grupą – jak to mieli w zwyczaju – do pobliskiego baru na kebab i piwo.

Na tych kebabowych pogaduchach rozprawiali tylko o mieszkaniach: kto dokąd napisał skargę, kto ma rozprawę. Wiedzieli, czyja sprawa w jakim jest toku. Także o decyzji Jolanty, że zgodzi się opuścić mieszkanie po otrzymaniu 120 tys. zł (do transakcji nie doszło, bo pełnomocnik właściciela nie zgłosił się do notariusza).

Magda Brzeska (mieszka oddzielnie z chorym na autyzm synem) ostatni raz widziała matkę w niedzielę, 27 lutego. W czwartek miała odebrać wyniki badań dziecka; Jolanta bardzo się nimi interesowała, prosiła o wieści. Umówiły się, że w sobotę, po imieninach Kazimierza, pojadą na cmentarz.

W czwartek Jolanta nie odbierała. – Nie zdziwiłam się – przyznaje Magda. – Biegała ze spotkania na spotkanie, na wykłady, do muzeów, uprzedzała, że może mieć wyciszony telefon, jednak potem oddzwaniała. W piątek też się nie odezwała.

Janusz Baranek: – Zadzwoniła Magda, że nie może skontaktować się z Jolą, czy nie mamy jakiegoś spotkania. Nie mieliśmy.

Komórkę matki z informacją o kilkudziesięciu nieodebranych połączeniach Magda znajduje w mieszkaniu na Nabielaka. Na stole leży torebka z dokumentami i portfelem, bez którego Jolanta nigdy się nie ruszała. Udało się odtworzyć kilka godzin z ostatniego dnia jej życia. Jest pewne, że wysłuchała dwóch wykładów na UTW, koleżanki potwierdziły: w jej zachowaniu nie było nic szczególnego. Wiadomo też, że wstąpiła do banku i podjęła niewielką sumę – te pieniądze, nietknięte, znaleziono w mieszkaniu – dowód, że wróciła. Przed powtórnym wyjściem włożyła kurtkę i sportowe buty, w których chodziła na co dzień.

Baranek: – Sprawdziliśmy szpitale, zawiadomiliśmy policję, ITAKĘ, rozwiesiliśmy fotografie. Nikt się nie odezwał. Skontaktowałem się ze znajomą pracującą w zakładzie pogrzebowym, miała znajomości w kostnicy na Oczki, poprosiłem, żeby się zorientowała, czy nie ma tam kobiety koło sześćdziesiątki. Niebawem odezwała się: “Jest taka jedna osoba. Spalona”.

Po mieście gruchnęła wieść: samospalenie. Ale w Stowarzyszeniu nikt w to nie wierzy: bo jak ktoś chce się zabić, to czy wcześniej wyjmuje z konta jakieś drobne? I która kobieta spaliłaby sobie twarz? Desperaci, którzy podejmują decyzję o samospaleniu, zostawiają listy, w akcie protestu płoną na placach, stadionach, w obecności widowni. Żywe pochodnie nie chowają się ze swoją tajemnicą w lesie.

Janusz Baranek pokazuje fotografię, na której widać plackowaty, odcinający się od podłoża ciemniejszą tonacją ślad. Tu leżało ciało Joli: – Człowiek, którego ogarniają płomienie, miota się z bólu, rzuca, a tu nawet nie zajęła się ściółka z gałęzi i zmurszałych liści brzóz. To wygląda tak – przekonuje Baranek – jakby to ciało, już bezładne, ktoś położył, a potem wzniecił ogień.

Policja prowadzi śledztwo.

Polityka

Po śmierci Brzeskiej na forach internetowych rozgorzały spory ideologiczne. Neomarksiści (nazwani tak przez liberałów) biorą się za bary z neoliberałami (nazwanymi tak przez lewicowców). Pierwsi wykpiwają “święte prawo własności”, drudzy “hucpę postkomunalnego lokatorstwa”.

Jednak Oskar Hejka zaznacza: – Środowiska lokatorów nie są przeciwko reprywatyzacji, tylko przeciwko temu, jak jest przeprowadzana. Zarówno mieszkańcy, jak i właściciele jadą na tym samym wózku, są skrzywdzeni przez to samo państwo, bo zwraca kamienice z ludźmi.

Zdaniem szefa portalu obywatel24.pl to władze wolnej Polski napuszczają jedną grupę społeczną na drugą, stosując niepisaną filozofię zero-jedynkowej transakcji wiązanej: “Oddamy wam domy, ale zróbcie coś z lokatorami. – Co? – A co chcecie”.

Rozwiązaniem byłaby inwestycja w budynki socjalne, do których mogliby przeprowadzać się mieszkańcy z odzyskiwanych kamienic. Od lat lobbuje za tym Unia Właścicieli Nieruchomości. Jej prezes Mirosław Szypowski, który wielokrotnie odcinał się od metod szykanowania lokatorów, ubolewa, że prezydenci miast nie są zainteresowani (jako chlubny wyjątek wskazuje Rzeszów) budowaniem dobrych, tanich mieszkań dla niezamożnych rodzin, za to chętnie oddają tereny pod apartamentowce. Kontrola NIK sprzed kilku lat za główną przyczynę spadku zasobów mieszkaniowych dla takich osób uznała brak długofalowej polityki mieszkaniowej w Polsce. Od tego czasu nic się nie zmieniło. Tylko w Warszawie, gdzie budynków socjalnych nie stawia się prawie wcale, w kolejce czeka 6 tys. rodzin.

Czy naprawianie krzywdy krzywdą nie wpisuje się w akt kolejnej dziejowej niesprawiedliwości? Marcin Bajko z Biura Gospodarki Nieruchomościami uważa, że niesprawiedliwością dziejową jest pozostawienie reprywatyzacji bez nowej ustawy. Po 60 latach, które minęły od dekretu warszawskiego, zmienił się prawny i fizyczny stan nieruchomości. – Bywają sytuacje, że ludzie mieszkali w jakimś budynku przez wiele dekad i inwestowali w niego, a został przekazany nabywcy roszczeń, często za stosunkowo niską kwotę. Mam wrażenie, że to nie do końca sprawiedliwe – przyznaje ostrożnie urzędnik, zaznaczając, że przypadki inwestowania lokatorów w mieszkania komunalne są rzadkie.

Tego, żeby było sprawiedliwiej, domagają się coraz liczniejsze ruchy lokatorskie. Organizują pikiety i demonstracje pod państwowymi i samorządowymi instytucjami, przychodzą na obrady rady miasta. W kilka dni po śmierci Jolanty Brzeskiej manifestowali w Warszawie. Nieśli jej duże fotografie.

– Tajemnicę tej śmierci przenika jakiś majestat zbiorowej krzywdy – uważa Oskar Hejka. Jolanta Brzeska stała się symbolem.

Magda Brzeska jeździ na Nabielaka podlewać rośliny, które matka hodowała, ale niebawem mieszkanie pójdzie pod młotek i kwiatki trzeba będzie gdzieś przenieść.

Na Nowym Świecie 24 rodzice Oskara Hejki (emerytowani ekonomistka i prawnik) żyją na walizkach: za rok muszą się wynieść, a nie wiedzą dokąd.

Janusz Baranek terminu eksmisji jeszcze nie ma, ale ma 80-tysięczny dług na rzecz nowych właścicieli. Dług co miesiąc rośnie. Następnego dnia po tym, jak znaleziono Jolę, zszedł do samochodu, żeby pojechać do pracy. Nie pojechał. Wszystkie opony były przecięte nożem.

Tekst ukazał się w “Tygodniku Powszechnym”.