Związek Odzyskiwaczy Polskich

Kamienica przy Żurawiej 43, samo centrum stolicy, atrakcyjne położenie do robienia biznesu. Mieści się tam zarząd główny Związku Szlachty Polskiej.

Związek stawia sobie za cel integrację potomków szlachty dawnej Rzeczypospolitej Obojga Narodów, opiekę nad zabytkami kultury szlacheckiej, popularyzację historii i tradycji szlachty polskiej, krzewienie etosu rycerskiego. Związek posiada status Organizacji Pożytku Publicznego. Stowarzyszenie skupia potomków zarówno drobnej szlachty, jak i zamożnych i znaczących rodów szlacheckich. Do Związku należy obecnie ok. 500 osób reprezentujących prawie 300 rodów szlacheckich.

Etos rycerski, szlacheckie (nie mylić ze szlachetnymi) tradycje, opieka nad zabytkami kultury, a wszystko to oblane przeterminowanym sosem sentymentalno–patriotycznym, popularnym w Polsce po 1989 roku i popularyzowanym przez kolejne ekipy rządowe. To tylko pozór, ponieważ zrzeszona w związku szlachta polska poza tym, że jest cepeliowskim bytem organizacyjnym, zajmuje się przede wszystkim odzyskiwaniem. Tu kamieniczka, tam hotelik, gdzie indziej cała miejscowość, znacjonalizowana po wojnie, którą po wojnie zasiedlił lud gminny, nieświadom, że pobudował swoje wille na pańskiej ziemi. Warto również wspomnieć, że Henryk Grocholski – obecnie prezes Związku Szlachty Polskiej – pracuje jako partner w kancelarii prawnej, która zajmuje się roszczeniami reprywatyzacyjnymi. Sekretarzem Związku jest Hubert Massalski. Nic Państwu nie mówi to nazwisko? Proszę sprawdzić, kto “reprywatyzował” kamienicę przy ul. Nabielaka w Warszawie. Tę, w której obronie życie straciła Jolanta Brzeska.

 

To dowodzi, że poza balami, turniejami oraz działalnością pseudo społeczną, związek również uwiarygadnia takie osoby, których uczestnictwo w haniebnym procederze odzyskiwania kamienic w stolicy jest niepodważalny. Hubert Massalski powiązany z Markiem Mossakowskim, którzy w 2006 roku odzyskali m. in. kamienicę przy Nabielaka 9 na warszawskim Mokotowie, gdzie od lat mieszkało małżeństwo Kazimierza i Jolanty Brzeskich. Pan “książę” Massalski, zatrudniony tam przez właściciela, Marka Mossakowskiego jako administrator, czyli szczebelek wyżej nad cieciem, dał się poznać jako kontynuator słynnych szlacheckich zajazdów, kiedy uzbrojony w piłę do cięcia metalu włamywał się do mieszkania Brzeskich. W Związku Szlachty Polskiej pełnił wtedy funkcję skarbnika i nikomu nie przeszkadzało, że przywłaszczał sobie pieniądze wpłacane przez lokatorów za wodę, ogrzewanie czy wywóz śmieci. Obowiązkiem plebsu jest płacenie daniny księciu. Plebs i tak się nie myje, więc szkoda kasy na wodę dla nich. A jednocześnie władze szlacheckiego gremium głosiły publicznie, że jest to wyrównywanie krzywd wobec powojennych właścicieli oraz ich potomków. Ba! Sam przewodniczący związku pochodzi z rodziny, która próbuje drogą dość pokrętną stworzyć precedens prawny i cofnąć reformę rolną z 1945 roku!

Nie wiadomo, jaki jest zamysł rodziny Grocholskich. Wiadomo, co mówią papiery. W dokumentach, które wszyscy dostaliśmy, jest wniosek o anulowanie decyzji o reformie rolnej wobec wszystkich naszych działek. Nie wiadomo, co się stanie. Być może faktycznie rodzina dostanie “tylko” odszkodowanie ze Skarbu Państwa. Wszelako polecam pomnożyć powierzchnię reprywatyzowanego terenu – 300 ha – przez rynkową cenę wynoszącą dziś w przybliżeniu 500 tys. zł za jeden ar. Nie hektar. Ar. Jeden hektar to, przypomnę, sto arów. Rodzina Grocholskich chce odzyskać trzy kilometry kwadratowe drogiej, podwarszawskiej ziemi. Lub dostać odpowiednie odszkodowanie.

Powyższy opis sytuacji, w jakiej znaleźli się mieszkańcy jednej z podwarszawskich gmin, ich strach przed arystokratami, którym marzy się Polska feudalna z jaśnie panem hrabią lub księciem doskonale obrazuje, czym zajmują się na co dzień członkowie Związku Szlachty Polskiej. Chcą przywrócić stary porządek, gdzie pan będzie miał władzę absolutną nad poddanymi. A że w Warszawie pokazali, że mogą bezkarnie zabierać ludziom mieszkania, generować im długi, a nawet mordować, więc jest się czego bać!